Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 września 2012

Niezmiennie

Uwielbiam rozmowy i książki na temat rozterek mojego pokolenia - kobiet po trzydziestce, które przekraczają pewien próg prawdziwej dojrzałości i stoją przed szansą na przemianę serca, pełnię i spokój.

To trudny czas mieć  33, 36 albo 39 lat. Mieć dzieci albo nie mieć dzieci. Mieć karierę albo nie. Niezależnie od sytuacji, czuć niedosyt, brak, nieadekwatność. No bo jak mamy karierę i nie mamy dzieci, to „latka lecą, zegar tyka” i przydałyby się dziadkom wnuki. No i jakieś ekstra hobby. Jak mamy karierę i mamy dzieci, to miotamy się w poszukiwaniu harmonii i czasu na połączenie tych dwóch światów. No i też przydałoby się jakieś ekstra hobby. Jak mamy dzieci i nie mamy kariery, to trochę nierozsądnie, bo trzeba zadbać o emeryturę jak za 15 lat mąż nas porzuci dla dwudziestoletniej fryzjerki. I jeszcze między podejrzliwym przeglądaniem jego kieszeni i ogarnianiu sterty prania, robić wieżę Eiffla z ciastoliny i aniołki z masy solnej. Może najszczęśliwsze byłybyśmy bez pracy i dzieci, popijając piwko w parku i żyjąc dniem dzisiejszym?

Po piętach depczą nam wykształcone i biegłe w nowych technologiach 25-latki, w reklamach udając uśmiechnięte trzydziesto- , a może i czterdziestolatki, z idealną bezdzietną figurą chociaż z dwójką uroczych urwisów, wybielonym uśmiechem, pełnym portfelem i świetną pracą. W odprasowanym kostiumie z MaxMary, ipadem w kolorowej skórce - która podkreśla ich ekscentryczną osobowość - spokojnym krokiem idą po pracy popływać. Dzieci odbiera piękny mąż, który wesoło przygotowuje cieciorkowe placuszki z czarnym sezamem, a gdy tylko dzieci zasną, ten mąż wyciąga z kieszeni kurtki opakowane w  liliowy papier zawiniątko. 2 buraki i koperek. "Pamiętałeś... Piąta rocznica naszych pierwszych zakupów w Hali Mirowskiej". I całus, dużo przytulania, a potem gorący seks w białej pościeli. Przy świecach, które zapalił dobry duszek kiedy oni zmysłowo ściągali z siebie ubrania.

Wymagamy od siebie coraz więcej czy coraz więcej od nas wymaga świat? Niezależnie od zmian, które zaszły w mojej głowie i sporego spokoju, który udało mi się odnaleźć, nadal się miotam. Raz na jakiś czas dokonując – tylko w głowie - dramatycznych wyborów między totalnie skrajnymi sposobami na życie.  Są dni kiedy w marzeniach jestem kobieta rakietą, z idealnym manikiurem, idealnie prezentującą pełną geniuszu wizję zrewolucjonizowania pracy swojej firmy, świetnie opłacanym, pożądanym przez konkurencję ekspertem. Stać mnie na relaksujące SPA i na podnoszące pewność siebie „labuteny”. Super wyposażoną czerwoną alfę parkuję w przydomowym garażu obok stalowego Jaguara mojego odnoszącego spektakularne sukcesy biznesowe męża. Innym razem odzywa się we mnie coś zupełnie odwrotnego. Rzucam wszystko i z jedną parą japonek i oszczędnościami z rozbitej skarbonki wyruszam z Arkiem i Wiktorem w świat –  bez planów i pracy. By pisać, opisywać, głowę otworzyć tylko na przeżywanie i tworzenie, bez obciążających ją myśli o rzeczach nieważnych. Nie martwi mnie stan moich paznokci czy marka mojej torebki. Nie czuję presji żeby stawać się coraz lepszym menedżerem czy bardziej szanowanym specjalistą. Robię to, co daje mi szczęście – jestem z moimi chłopakami, piszę i oglądam świat.

Problem w tym, że żyjąc tu gdzie żyję i przebywając wśród ludzi, wśród których przebywam trudno nie ulec torebkom, szpilkom i marzeniom o dużym mieszkaniu z porozrzucanymi niedbale poduszkami Etro. Nie ulec złudzeniu, że ten cywilizacyjno-korporacyjny sukces, który stał się udziałem tak wielu wokół, jest czymś do czego powinnam dążyć robiąc to co robię. A jeżeli  zadowalam się płynięciem z prądem przeciętności, to robię sobie krzywdę, bo zawsze będę patrzyła z zazdrością i żalem do siebie na tych, którzy ten sukces odnoszą. To skomplikowane, niejednoznaczne i dziwne. Arek twierdzi, że powinnam napisać Harrego Pottera i byłoby po sprawie. Byłoby i na dom i na F-type, a ja nie musiałabym pracować... Muszę to przemyśleć :)


Fot TU


Best Blogger Tips

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Powrót do zmysłów










Jestem w pociągu. Przede mną ponad 4 godziny jazdy do rodzinnego miasta i dwóch popijających piwko, opalonych i nierównomiernie umięśnionych młodzieńców, którzy zabijają czas oglądaniem filmików kręconych telefonem, które przedstawiają ich i ich zmieniające się wakacyjne narzeczone biegających po nadbałtyckiej plaży, zajadających się smażonymi siejami w cieście naleśnikowym i wymiotujących przed klubem nocnym. Za mną dwumiesięczne niemowlę płaczące w ramionach bezsilnych rodziców. Coraz głośniejszy śmiech coraz bardziej upojonych mężczyzn miesza mi się w świdrującą mieszankę z coraz bardziej rozpaczliwym płaczem dziecka. Chcę wstać i zagłuszyć wszystko swoim własnym wrzaskiem. Oczywiście nie robię tego, w zamian coraz bardziej się męcząc, napinając mięśnie i czekając w cierpieniu na koniec podróży. W pewnej chwili postanawiam podjąć wyzwanie „dostrojenia”, czyli metody, która przez powrót do zmysłów, przez zmysłowe odczuwanie pomagać ma w radzeniu sobie z takimi i dużo większymi uciążliwościami. Skupiam się w zupełności, bez oceniania, najpierw na płaczu dziecka, spokojnie przyjmując jego nieuchronność, akceptuję tę chwilę i wsłuchuję się w jego tembr i rytm. Dziecko nie przestaje płakać, ale ja zaczynam słyszeć w tym płaczu jakąś melodię i siłę, wolę do wyrażania siebie. Nie denerwuje mnie już, raczej intryguje i skłania do przesłania życzliwego uśmiechu jego rodzicom. Młodzieńcy na szczęście posnęli...

Innym razem kłócę się z Tatą przez telefon. Z moim kochanym Tatą, o którego się martwię i którego chciałabym przytulać zawsze jak mi ciężko. Zdenerwowana czymś zupełnie innym, podrażniona i w pierwszym dniu okresu czepiam się słów, doszukuję ukrytych podtekstów i karam słownie za niespełnienie wygórowanych oczekiwań. Tata, w gorszej formie, ja, oczekująca od niego czegoś, czego nie jest w stanie mi dać, bo nie jest Mamą. W trakcie tej rozmowy doznaję pewnego olśnienia, udaje mi się zatrzymać pędzącą ku fatalności rozmowę i skierować ją na inne tory. Mówię „przepraszam” i otwieram się na przebaczenie, mówię „kocham” i otwieram się na miłość. Zatrzymałam się na chwilę i poczułam drżenie rąk, wiatr wiejący delikatnie przez otwarte okno, usłyszałam szum rozpędzonych samochodów w Alejach i poczułam zapach koszonej trawy. Przez skupienie się na wrażeniach zmysłowych udało  mi się nie popłynąć zupełnie w tej sprzeczce, brnąć dalej w idiotycznie meandry i zawiłości. Poczułam bezsens tej słownej szarpaniny dwojga bardzo się kochających ludzi i powiedziałam STOP, nie chcę. Zdałam sobie sprawę z czego wzięły się moje pretensje i zarzuty, dlaczego oczekiwałam od Taty konkretnej reakcji. To było spowodowane przez zdarzenia i uczucia zapoczątkowane wiele lat temu, moje WYMOGI związane  z potrzebami zranionego serca i bolesnej duszy.


Codziennie uczę się rozumieć, ze pewne uczucia są częścią przeszłości i dzisiaj może ich nie być, jeżeli taka będzie moja decyzja. Codziennie szukam sposobów na to jak odciąć się od wyobrażeń i oczekiwań, które prowadzą do frustracji. Czytam teraz książkę „Powrót do zmysłów” Stanley'a H. Blocka i myślę jak podobne są do siebie wszystkie koncepcje szczęścia i spokoju. Jak spójne w swoim skupieniu na tu i teraz, jak przedziwnie proste mają metody, które konsekwentnie w życie wprowadzane dadzą nam tyle szczęścia ile wystarczy.

Odchodzenie od zmysłów prowadzi do braku kontaktu ze sobą, do niepełnego, albo fałszywego przeżywania życia, bez zgodności ze sobą, nieautentycznie. Brak łączności z naszym „ja sensorycznym” prowadzić może do nadmiernego skupiania się na analizie myśli, do tworzenia fałszywych obrazów rzeczywistości, do rozbudowywania negatywnej percepcji świata. Wierzę, że powrót do zmysłów, do odbierania świata przez nie, do odczuwania i przyjmowania wrażeń zmysłowych może nie tylko wzbogacić życie, dać nam przyjemność, ale także pomóc w radzeniu sobie w trudnych sytuacjach życiowych. I myślę że chciałabym nauczyć Wiktora radzić sobie w ten sposób z własnymi myślami i trudnymi emocjami, tak jak uczę go radzić sobie z samodzielnym jedzeniem, ubieraniem czy załatwianiem się. Wierzę, że dzięki temu będzie żył spokojniej i szczęśliwiej. By przy zdrowych zmysłach będąc potrafił szaleć, cieszyć się życiem i nie zadręczać tym co nieważne.Wierzycie w siłę zmysłów??

Best Blogger Tips

wtorek, 24 lipca 2012

Jasna wizja końca


Wyspa Wielkanocna, fot. Arek Suszek

Mieszkam blisko Makro. Późnymi wieczorami, mewy gromadzące się setkami na dachu sklepu szaleją i głośno skrzeczą. To niesamowite, ale czasem sobie wyobrażam, że mój dom stoi na brzegu plaży, w którą wchodzi szalejące morze.


Wiele lat temu powiedziałam Arkowi, że chcę umrzeć w przestronnym pokoju z widokiem na morze. Jeżeli do czasu moich ostatnich dni nie uda nam się takiego kupić lub zbudować, to zobowiązałam go do wynajęcia czegoś stosownego do spełnienia mojego ostatniego marzenia. Straszne czy śmieszne, ale dla mnie ważne.

Widzieć z okien horyzont, czystą formę, żywioł, raz spokój, innym razem sztorm. Czuć silny wiatr, wybiegać o świcie na pustą plażę, oddychać. W morzu najbardziej podoba mi się bezczynne patrzenie na nie, bo niewiele pływam i żegluję. Nie przepadam za tłumnym plażowaniem przy dźwiękach wakacyjnych przebojów. Wolę morze odludne, bezludne. Lubię jak jest chłodne i nieprzyjazne. Lubię po prostu oddychać morzem. Ja, która miewałam problemy oddechowe, jak mało kto doceniam siłę pełnego wdechu.

Dlaczego kocham morze? Bo jest nieokiełznane i otwarte. Bo daje iluzję nieskończoności, symbolizuje siłę stworzenia, dynamikę życia, potęgę, zmienność, niezmienność, tajemnicę, mądrość, życie, śmierć, namiętność, zapomnienie, samotność, bunt, wytchnienie. Jest doskonałym zobrazowaniem wewnętrznej walki sprzecznych sił, z jednej strony sybolizuje zmierzanie ku boskiej lub kosmicznej tajemnicy, z drugiej – zagrożenie i samotność. Wszystko z morza wychodzi i do niego wraca. Obraz morza jest dla mnie nierozerwalnie związany z wyobrażeniem końca i jednocześnie początku.

Robię sobie ostatnio wiele ćwiczeń, które pomagają nazwać pasje, pragnienia, atuty, silne strony, marzenia i motywacje. Pojawia się w nich często koniec życia. "Jak chcesz żeby Cię zapamiętano, kilka zdań, które opisują, co zostawiłaś po sobie na świecie, kilka zdań, które opisują co dałaś z siebie, kto jest obok Ciebie w ostatnich chwilach" itp. Pozornie trudne i nieprzyjemne, te ćwiczenia pomagają zrozumieć niezwykle dużo o nas samych i naszych czasem skrywanych marzeniach i aspiracjach. W na nowo odkrytej fantastycznej książce Stephena R. Coveya „7 nawyków skutecznego działania” jest eksperyment – Widzisz siebie idącego na pogrzeb kogoś bliskiego. Podchodzisz do trumny, zaglądasz do niej i stajesz twarzą w twarz ze sobą. To twój pogrzeb – za trzy lata od dziś. Siadasz w ławce i przysłuchujesz się wspomnieniom innych o Tobie – kogoś z rodziny, przyjaciela, kolegi z pracy, ze społeczności, w której działasz. Co chciałbyś usłyszeć od każdego z nich? Jak chciałbyś żeby Cię zapamiętano? Jak chciałbyś żeby mówili o Twoim charakterze, osiągnięciach, wkładzie w życie innych? To, co pomyślisz, co pierwsze przyjdzie Ci do głowy da Ci pojęcie o Twoich największych, najszczerszych motywacjach. To ćwiczenie jest krokiem do nawyku, który Stephen Covey nazywa „Zaczynaj z wizją końca”. Każdy dzień rozpoczynaj z wyobrażeniem końca życia jako punktu odniesienia, kryterium, według którego ocenia się wszystko inne. Każdy kolejny dzień powinien być znaczącym wkładem w twoją wizję życia jako całości.

„Zaczynać z wizją końca – to zaczynać z jasnym zrozumieniem własnego przeznaczenia, to wiedzieć, dokąd się podąża, by lepiej zrozumieć, gdzie się jest teraz, i stawiać każdy krok we właściwym kierunku” pisze.

Skłania mnie do nakreślenia własnej wizji życia, w miarę szczegółowo opisującej moje plany, wartości i cele. Nie wiem jeszcze co w tej misji się znajdzie, bo dokument dopiero powstaje :), ale już teraz wiem jakie zdania chciałabym żeby padły podczas mojego ostatniej ceremonii. Notujecie?

Byłą osobą, dla której liczył się człowiek i jego życie. Każdy przy niej czuł się wyjątkowy.
Była osobą, dzięki której zrozumiałem, że życie jest proste i że radość można znaleźć we wszystkim.
Była osobą, która wnosiła energię życia, przypominała o radości każdej chwili.
Przypominała, że warto mówić kocham jak najczęściej, jak najwięcej. Nie bać się mówić ile inni dla nas znaczą, dlaczego ich kochamy, bez obawy, że nas odrzucą, nie odpowiedzą tym samym.


A jakie zdanie powinno określać Was?








Best Blogger Tips

poniedziałek, 23 lipca 2012

I choose not to be afraid to be great.



Jak wiecie, wielokrotnie na tym blogu miałam momenty lepsze i gorsze, wpisy bardziej przemyślane i spektakularne i takie, które powstawały raczej z mojego poczucia winy, że nie piszę czy z obowiązku, bo inaczej ten blog padnie. Jednocześnie, w prywatnych opasłych notesach pisałam alternatywny blog, w którym powstawały historie i przemyślenia tylko pozornie nie nadające się na bloga. Korzystając z dobrodziejstw wolnego od Wiktora czasu (gdyż ten u Dziadków się bawi świetnie), który mogę poświęcić tylko sobie i swoim zainteresowaniom, przyjrzałam się temu wszystkiemu co z mojej głowy na papier wychodzi i temu co w niej się tli lub kotłuje i postanawiam się niniejszym to uporządkować! Jak? Po pierwsze zagłębię się w siebie i odważę przyznać sama przed sobą czego chcę najbardziej, tak prosto z serca. Prawda jest taka, że to przeczuwam i nieświadomie trochę i na oślep działam w życiu zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Ale chcę to robić świadomie i z pełną parą.

Zaczynam swój projekt kreatywny. W którym na warsztat biorę siebie i sprawdzam co mi z siebie wyjdzie. Ułożę się z rozproszonych kawałków, które potencjalnie mają sporą wartość w spójną całość, która będzie pełniej realizować moje powołanie – albo po prostu da mi radość z tworzenia i pracy nad sobą i swoim charakterem. Możliwe, że przede mną nieskończone możliwości, niebo pełne najróżniejszych chmur, kolory tęczy i wielkie rzeczy. Możliwe, ale ja chcę to sprawdzić. Poupychane w różnych zakamarkach mojej głowy i serca pomysły, wskazówki, uczucia, przeczucia przyciągnę i zweryfikuję. Żeby nie zalegając niespełnione, dały miejsce spełnieniu lub nowym pomysłom.

Nie chcę dłużej łudzić się swoją potencjalną wielkością. Zapraszam do współpracy książki, notesy, przyjaciół, mentorów i Was, obecnych i mam nadzieję przyszłych czytelników. Ponieważ droga to niełatwa i jednym z moich zadań jest konfrontacja moich wewnętrznych przekonań i pomysłów ze światem zewnętrznym, komentarze i wsparcie będzie mi niezwykle potrzebne. Podczas  najbliższych tygodni będę się uwijać, rozwijać i składać coraz bardziej w kierunku mnie autentycznej - wykorzystującej swój potencjał i spełniającej marzenia.

Gnothi seauton. Poznaj siebie.

PS Tytuł posta zaczerpnięty z piosenki "Dreams" Smolika

Best Blogger Tips

piątek, 3 lutego 2012

Za blisko, żeby się śnić

Fot. Cecilia Paredes

Wisława Szymborska nie była moją ulubioną poetką, nie znałam wielu jej wierszy, ale było kilka, które czytałam z tak wielkimi emocjami jakbym je sama napisała. Jakby Szymborska pisała je znając moje skrywane, albo nawet nieuświadamiane czasem emocje, które wywoływały we mnie lęk, wstyd, żal, niezrozumienie samej siebie, potworne przeczucie niezmierzonego braku niewiadomo czego, wiecznie powtarzalnego błędu i  niekończących się rozterek.

Tak dobrze pamiętam dotkliwy czas, kiedy kilka lat temu zawładnęły mną wątpliwości i obawy dotyczące wszystkiego w moim życiu. Pracy, przyjaciół, małżeństwa. Zakradały się do mnie straszne oskarżenia stawiane przez moją zagubioną duszę. Wielkie poczucie bezradności i braku wpływu na swoje życie. W moim odczuciu w każdej sferze poległam. W mojej wyobraźni wszystko było groteskowo fatalne, bez możliwości zmiany na lepsze. Jednak dzięki doskonale wyćwiczonym „mechanizmom maskującym”  mało kto domyślał się co we mnie siedzi, tylko bardzo przenikliwi i mi najbliżsi widzieli jak męczę się z uporczywymi, nerwowymi dusznościami i przygasam kiedy nikt nie patrzy i nie muszę udawać, że jestem szczęśliwa, radosna, beztroska. Nigdzie nie czułam się adekwatna, z nikim nie czułam się kompletna, a najbliższa osoba w moim życiu wydawała się być najbardziej odległa. Odległa, a jednak za blisko, żeby mu się śnić…

Dojrzewanie do pełni siebie jest procesem, który trwa w sposób nieoczywisty, nieodgadniony. Ja, mając trzydzieści i trochę lat poczułam, że jestem na zupełnych rozstajach. Podobno kiedy nie wiemy, którą drogą pójść, to właśnie zaczęliśmy naszą prawdziwą podróż. Moja była (i ciągle jest) fascynująca, jednocześnie straszna i piękna, a ten wiersz Wisławy Szymborskiej wiele dla mnie znaczy. Dziękuję jej za niego.

Wisława Szymborska
Jestem za blisko

Jestem za blisko, żeby mu się śnić.
Nie fruwam nad nim, nie uciekam mu
pod korzeniami drzew. Jestem za blisko.
Nie moim głosem śpiewa ryba w sieci.
Nie z mego palca toczy się pierścionek.
Jestem za blisko. Wielki dom się pali
beze mnie wołającej ratunku. Za blisko,
żeby na moim włosie dzwonił dzwon.
Za blisko, żebym mogła wejść jak gość,
przed którym rozsuwają się ściany.
Już nigdy po raz drugi nie umrę tak lekko,
tak bardzo poza ciałem, tak bezwiednie,
jak niegdyś w jego śnie. Jestem za blisko,
za blisko. Słyszę syk
i widzę połyskliwą łuskę tego słowa,
znieruchomiała w objęciu. On śpi,
w tej chwili dostępniejszy widzianej raz w życiu
kasjerce wędrownego cyrku z jednym lwem
niż mnie leżącej obok.
Teraz to dla niej rośnie w nim dolina
rudolistna, zamknięta ośnieżona górą
w lazurowym powietrzu. Ja jestem za blisko,
żeby mu z nieba spaść. Mój krzyk
mógłby go tylko zbudzić. Biedna,
ograniczona do własnej postaci,
a byłam brzozą, a byłam jaszczurką,
a wychodziłam z czasów i atłasów
mieniąc się kolorami skór. A miałam
łaskę znikania sprzed zdumionych oczu,
co jest bogactwem bogactw. Jestem blisko,
za blisko, żeby mu się śnić.
Wysuwam ramię spod głowy śpiącego,
zdrętwiałe, pełne wyrojonych szpilek.
Na czubku każdej z nich, do przeliczenia,
strąceni siedli anieli.
Best Blogger Tips

poniedziałek, 3 października 2011

Tworząc żyjemy.

Fot. Arek Suszek


No i znowu piszę zainspirowana rozmową z cudowną, lecz zagubioną kobietą, która desperacko poszukuje spełnienia, nie odnajdując go ani w pozornie pełnej wyzwań pracy ani w pozornie idyllicznym życiu rodzinnym. Nic nie sprawia jej radości, nie czuje się ani dobrą matką, ani dobrą żoną, ani ciekawym człowiekiem. Smutno mi, bo znam ją jeszcze z czasów kiedy tryskała życiem, a jej wyobraźnia nie znała granic wykonalności.

Niestety, wiele wokół nas jest osób, które tracą "to coś". Uwielbiam opis w Biegnącej z wilkami o wyobraźni twórczej: „Tej iskry bożej trzeba, by czule dotknąć rośliny, zrobić „wielki interes”, tkać gobeliny; by odnaleźć własny głos i kochać dobrą miłością; by złapać gorące ciało noworodka, wychować dziecko, wprowadzić je w dorosłe życie; by podnieść naród z kolan; by pielęgnować małżeństwo jak sad; by kopać w poszukiwaniu psychicznego złota, znaleźć trafne słowo, uszyć niebieskie zasłony. (…) Kiedy tworzymy, wzbiera w nas życiowa energia, aż zaczynamy wydawać z siebie życie: otwieramy się, kwitniemy, dzielimy i mnożymy, zapładniamy, nosimy pod sercem, rodzimy, dzielimy się życiem.”  Jest też w tej fantastycznej książce przypomnienie starej meksykańskiej opowieści o płaczącej kobiecie, zwanej La Llorona. Poczytajcie sobie całość jak chcecie, w skrócie to osobliwa i okrutna baśń o zagładzie płodnej, życiodajnej siły kobiety, skażonej w świecie wewnętrznym i  zewnętrznym. W alegoryczny sposób opisuje to co znajduje wyraz w tak często powtarzanych zdaniach: „Niedługo się za o zabiorę”, „Jak tylko wyrobię się z prasowaniem, to trochę poczytam”, „Wróciłabym do tańca, ale – nie mam pieniędzy/ czasu/ ochoty/ nastroju", „Gdybym była w tym lepsza, to na pewno bym częściej śpiewała” I tak dalej. Kompleksy, niepewność siebie, nieumiejętność walki o siebie – jak dobrze to znamy. Wszystko to zagłusza chęć do życia pełną parą.

Ileż to razy zapadałam na totalny brak sił twórczych, zanik weny, niechęć do nadawania myślom i pomysłom formy. Zamykałam je w sobie, nie pozwalałam im się dookreślić, dostać skrzydeł. Czasem przez moje urażone ego, bo usłyszałam za mało komplementów, albo przez nierozważność w traktowaniu swojego ciała, za mało odpoczynku, niedosypianie, złe odżywianie. I tak ciągle próbuję wytworzyć w sobie nawyk, a nawet mechanizm poświęcania czasu twórczym działaniom. Żeby nie zatracić się w codzienności i nigdy nie pozwolić żeby „ruch uliczny powoli zdławił kwitnienie ducha swym zgiełkiem i dymem”. Jeszcze mi to do końca nie wychodzi, dlatego dzisiaj oficjalnie tworzę swój regulamin i obiecuję co następuje:

1-Będę przyjmować duchowe pożywienie – pozwolę prawić sobie komplementy i będę się delektować swoimi sukcesami
2-Będę reagować na wszystko wokół – będę niezmiennie wrażliwa na świat i otwarta na znajdowanie tego, co ukryte. Będę pielęgnować bliskie relacje z ludźmi, którzy uzupełniają moje talenty i wspierają mnie w szukaniu powiązań i oryginalnych rozwiązań.
3-Będę spontaniczna – uwolnię wyobraźnię i pozwolę sobie na szaleństwo w myśleniu i działaniu, brak cenzury i ograniczeń (no jednak w cywilizacyjnych i korporacyjnych ramach)
4-Zacznę – nawet obawiając się niepowodzenia, zacznę mimo to, a jeśli nie można inaczej, to poniosę klęskę, pozbieram się i zacznę od nowa. Będę pamiętać, że to nie porażka powstrzymuje – to niechęć do zaczynania od początku powoduje stagnację i bezruch.
5-Będę szanować czas i bronić swojego twórczego życia – nieważne co się dzieje, zarezerwuję sobie czas tylko dla siebie i swojego tworzenia. Nie pozwolę nikomu na zabieranie go sobie.
6-Nie zrezygnuję – wbrew przeciwnościom, będę trwała przy uskrzydlających przedsięwzięciach, nie zrezygnuję z rozwijania swojej duszy. Pamiętając, że „Jesteśmy jedynymi osobami, które czuwają nad naszą jaźnią i heroicznym animusem”.

(na podstawie Biegnącej z wilkami Clarissy Pinkoli Estes)

A jeżeli zdarzy mi się stracić z oczu i serca wizję, podupaść energetycznie i zwątpić w siebie to usiądę, zamknę oczy i pokołyszę się cierpliwie czekając aż moje twórcze siły się odbudują. Potem skieruję się ku cudownie życzliwym ludziom, którzy dadzą mi kopa i impuls do działania :)

Fot. Arek Suszek
Best Blogger Tips

czwartek, 22 września 2011

Mniam Mama w cieniu

Jak co jakiś czas, tym razem za sprawą trochę już jesiennej aury i większego kontaktu ze światem zewnętrznym, mam skłonność do refleksji, kiedy przychodzą mi do głowy myśli uznawane przez niektórych za dołujące. Ja ich jednak tak nie postrzegam. Sam fakt, że jestem świadoma tego co czuję i przyjmuję co się ze mną dzieje, pozwala mi zrozumieć i zaakceptować, że takie myśli przychodzą i odchodzą. Tydzień temu, w Gazecie Wyborczej był świetny tekst z cyklu „Czytamy w Polsce”, zatytułowany „10 książek na smugę cienia”. Nie będzie o książkach, ale o tej smudze, której opis, sformułowany przez autora tekstu, poetę Andrzeja Sosnowskiego, uderzył mnie trafnością i adekwatnością do moich uczuć.

"Smuga cienia to stany powracających zniechęceń" pisze Sosnowski. To „moment, kiedy po okresie ekspansji wszechświat wyhamowuje, po czym zatrzymuje się i na krótką chwilę osiąga stan zupełnego bezruchu. Wtedy pojawia się przeczucie, że oto zaraz nastąpi regresja. Będą słabły tak zwane siły witalne, pamięć operacyjna zacznie szwankować. I w ogóle będzie już tylko gorzej. Ale smutek towarzyszy tylko w pierwszej, najbardziej doraźnej refleksji. Smuga cienia to jest taki stan, który wymaga oswojenia i akceptacji. Mrzonki i fantazmaty są tylko pozornie kojące, ponieważ muszą się całkowicie rozpaść. Ukojenie przynosi tylko jasność widzenia.”

Jest wiele tematów, które nieuchronnie przywołują nas do cienia przypominając o kruchości naszej, naszych planów, związków, marzeń. Kilka dni temu rozmawiałyśmy z koleżankami z pracy o dość powszechnym w naszym otoczeniu zjawisku „powtórnej młodości” dobrze sytuowanych panów w średnim wieku. Dzieliłyśmy się informacjami kto się zakochał, kto zmienił żonę, kto szaleje w superaucie. Zastanawiałyśmy się czy to ocieranie, czy nawet tarzanie się w młodości jest czymś co kusi każdego, co nie zdarza się tylko nielicznym i czy da się temu zapobiec. Czy tych mężczyzn pociąga tylko młode ciało czy też i młody duch? Bo chociaż nieuchronnie poczują się kiedyś bardzo „starsi”, to jednak uszczkną trochę tej niezwykłej siły jaką ma młodość. Przywołany przeze mnie Andrzej Sosnowski pisze w tym samym tekście, że „młodość jest siłą w czystej postaci, nierozrzedzoną przez charakter, inteligencję, wiedzę, wykształcenie, obycie, wychowanie. Siła ta jest czymś naturalnym, niemal pierwotnym.”
Doświadczyłam niedawno czegoś dziwnego patrząc na piękną, ledwie jedenastoletnią dziewczynkę. Widziałam jak jest czarowna, świeża i radosna, i chociaż na co dzień sama czuję się tą emanującą, to tutaj po raz pierwszy poczułam się przekwitła. Na chwilę weszłam w smugę cienia, gdzie ta „młodszość” była wygrywającym wszystko atutem, którego nie posiadam. I znowu za inspirującym Sosnowskim – „Jest w filmie Viscontiego „Śmierć w Wenecji” taki moment, kiedy patrząc na pięknego chłopca, oszołomiony bohater mamrocze: „Tobie nie wolno się tak uśmiechać”. Niestety wolno.”

Szczęśliwie, sama już tylko świadomość tych uczuć wystarcza mi żeby je przyjąć i zaakceptować ich nieuchronność. Bo ukłucie zazdrości trwało chwilę dosłownie. Potem wróciłam do siebie szczęśliwej z tego gdzie jestem. Z rozczuleniem podziwiającej to „istnienie przed zaistnieniem”, które objawia się w tej pięknej dziewczynce, ale przede wszystkim i ponad wszystkim w moim synu.


Best Blogger Tips

wtorek, 9 sierpnia 2011

Skąd u pani ta melancholia?


Fot. archiwalne Arek Suszek


Gdybym tylko mógł przekazać Ci choć cząstkę własnego szczęścia, abyś już na zawsze była wolna od smutku i melancholii.
 Albert Einstein

Nigdy nie wiem kiedy i gdzie zobaczę albo usłyszę coś, co otworzy we mnie te odpowiednie szufladki i wyciągnie zakurzone doświadczenia i uczucia wymuszając niejako pisanie o czymś co siedzi, dręczy, co bardzo długo nie znajdowało ujścia, a teraz potrzebuje się uwolnić.

Byłam w weekend w kinie na Melancholii, głośnym filmie Larsa von Triera (którego poprzednie filmy wywoływały u mnie dość rozbieżne, skrajne reakcje), skuszona do kina obietnicą wizualnej uczty i tematyką  psychologiczną. Film skończył się tuż po północy, razem z niewielką jak można się domyślać o tej porze grupą widzów, siedziałam na napisach końcowych, poruszona tak, że nie mogłam się ruszyć. Niby czekając na potwierdzenie w napisach końcowych, że muzyka, która rozbrzmiewała w filmie to rzeczywiście Tristan i Izolda Wagnera, czekałam aż wyschną mi oczy i przestanę łkać. Nie pamiętam kiedy tak ostatnio zareagowałam na filmie. I nie wiem czy to dlatego, że wzruszająco piękny wizualnie, czy dlatego, że jedną z ostatnich scen jest poruszająca scena matczynej miłości do syna, czy dlatego, że obudziły się we mnie wspomnienia moich minionych udręk, zgryzot i smutków.

Bo mimo upływu czasu wciąż świeże są we mnie wspomnienia okresu mojej słabości psychicznej, towarzyszących temu uczuć, doświadczeń. Świadomość nieszczęśliwa to jedno z piękniejszych określeń okrutnego stanu jakim jest melancholia.  Stanu, który daje jednocześnie smutek, przygnębienie, zobojętnienie, zniechęcenie, strach, wrażenie beznadziejności i duchowej pustki. Niezdolność do bycia tu i teraz, niezadowolenie z jakichkolwiek działań, ludzi, którzy nas otaczają, horror loci – piękne określenie na niepiękną niechęć do miejsca, w którym się obecnie znajdujemy. Melancholia to „nic, które boli", to ciągłe doświadczenie braku i poczucie straty, która nawet jeszcze nie nastąpiła. I nastąpić wcale nie musi.

Ja przeszłam swoje ciężkie chwile melancholii,  nie takiej chorobowej, paraliżującej każdą działalność i uniemożliwiającej normalne funkcjonowanie, ale z całą pewnością niszczącej radość życia, związki z ludźmi, wiarę w siebie, spokój. W moich notatkach, które robiłam już na etapie wychodzenia z melancholicznych otchłani czytam: Znowu nachodzą mnie te paniczne myśli połączone z płaczem i bólem szyi. Czuję, że działam wbrew sobie, nie jestem w zgodzie ze sobą. Na wszystkich polach denerwuje mnie moja niekonsekwencja i brak silnego kręgosłupa. Brakuje mi odwagi, decyzyjności, pewności siebie. Mam dość kręcenia się w kółko. Niespecjalnie pracuję nad sobą, chociaż tak bardzo chcę się zmienić. Tylko jeszcze nie wiem w kogo.

Długo poszukiwałam rozwiązania tej sytuacji bolesnej, w której tkwiłam, nieświadoma, że najprostsze rozwiązania były tuż obok, tylko wymagały mojej akceptacji. Karl Jaspers, niemiecki egzystencjalista, pisał - kryzys niewiedzy poprzedza pewność, dlatego zawsze towarzyszy mu lęk, nagłe uniki, które mogą być zarówno ostatnią próbą uniknięcia błędu, jak i ostatnim głębokim oddechem przed rozstrzygnięciem.

Koszmarne samopoczucie w pracy. Wyszłam, nie dałam rady. Ból szyi, za dużo niezałatwionych spraw. Jak mogę się nauczyć odpuszczać co trzeba i robić co trzeba? Boję się kończyć sprawy, zamykać projekty, podejmować decyzje, egzekwować od innych pomoc. Ciągle ten ucisk w piersi, dreszcze.

Tak było kilka lat temu, tak jest u wielu moich znajomych, u wielu Waszych znajomych, może też u Was? Najważniejsze, to poszukać pomocy, odpuścić sobie poczucie winy z powodu tego co było, odciąć się od przeszłości i zacząć żyć tylko tym co jest teraz. Nie jest to łatwe, ale wszystkim, którzy walczą z poczuciem beznadziei, życzę dużo światła. Każdemu zdarzają się smutne chwile, kryzysowe momenty zagłębienia się w swoich cieniach i mrokach, ale trzeba próbować wychodzić z nich jak najszybciej. Wybaczać sobie i innym, jednocześnie biorąc pełną odpowiedzialność za swoje samopoczucie. Jak mówi Justine, bohaterka filmu von Triera - I know things. (Ja to wiem).

PS Pisząc, wykorzystałam kilka określeń z ksiązki Melancholia. O tych co nigdy nie odnajdą straty Marka Bieńczyka.
Best Blogger Tips