Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MM zmysły. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MM zmysły. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 sierpnia 2012

Uzmysławianie

Fot. Arek Suszek
 
Wróciliśmy znad morza. Ukochanego, rozkołysanego morza, które łaskawie nie przyniosło wietrznej i deszczowej pogody tak częstej nad Bałtykiem – wprost przeciwnie grzało nas słońcem przez większość pobytu i łagodziło czasem napięta atmosferę, której nie sposób uniknąć kiedy spędza się wakacje z trzema najważniejszymi mężczyznami życia – ojcem, mężem i synem. Kiedy tylko słońce słabło bywało ciężko i burzliwie, spięcia mijały wraz ze wzrostem temperatury i przejrzystości nieba. Skłaniało mnie to do coraz bardziej wytężonej pracy nad uniezależnianiem się od okoliczności zewnętrznych i szukaniem zaczepienia w sile zmysłów. Nie było łatwo i zawsze skutecznie, ale gdy tylko czułam, że wzbiera we mnie złość, smutek, rozdrażnienie sięgałam do mocy słuchu, węchu czy najbardziej dla mnie skutecznego dotyku i starałam się uspokoić, wyciszyć, usunąć na bok. Paradoksalnie na wakacjach nie było łatwiej niż w domu, moja duma i wiara w możliwość panowania nad własnymi myślami i zachowaniami zostały wystawione na ciężką próbę. Ale przecież nie poddaję się i z jeszcze większym zapałem zabieram się za swoje „uzmysławianie”, uczenie się korzystania z siły zmysłów dla lepszego, pełniejszego życia. Dzisiaj o zmysłowości per se.

Na fenomenalnym blogu Gdybym Dorosła Ewy Panufnik, współzałożycielki Dojrzewalni Róż, przeczytałam: Kiedy w pewnym momencie dotarło do mnie, że moja seksualność to moja rzecz  i to ja decyduję kiedy mam ochotę na jej ekspresję i w jaki sposób, było to niezwykle wyzwalające. Nie mogłam uwierzyć, że przez tyle lat pozbawiałam się dostępu do tak wielkiej życiowej siły. Zaczęłam się cieszyć swoim ciałem, afirmować je, pozwalać mu wibrować energią, gdy jest czymś lub kimś poruszone. Wpłynęło to na mnie w wielu aspektach, także w relacjach z innymi. Stałam się bardziej siebie świadoma, pewna, ukorzeniona.

W moim przypadku oznaczało to też mniej ostentacyjnie uwodzicielska... Energię i zmysłowość, którą marnotrawiłam na bezproduktywne poszukiwanie adoracji i zachwytu w oczach obcych mi ludzi zamieniłam na nieustający flirt ze światem moim wewnętrznym i cudowną bliskość z mężem. Zaczęłam bardziej czuć siebie i wierzyć sobie. Poznałam więcej swoich możliwości i chociaż ewidentnie ciągle jeszcze nie jestem gotowa całkowicie zrozumieć swojej drogi i nią ruszyć przed siebie, to siły witalne jakie udało mi się ochronić, ta élan vital, pęd życiowy sprawia, że chce mi się szaleć i robić głupie miny do aparatu :)

Na tym samym blogu, Ewa Panufnik pisze: Pamiętam, jak kiedyś moja przyjaciółka, sfrustrowana w tamtej chwili długotrwałym brakiem seksualnej relacji w swoim życiu przeżyła olśnienie, że to nie pozbawia jej możliwości przeżywania swojej seksualności. Stworzyła listę 25 sposobów w jaki może ją wyrażać i się nią cieszyć bez partnera: poczynając od ubioru, czy bielizny, które pomagają jej poczuć się zmysłową, poprzez oglądanie pięknych erotycznie filmów, słuchanie poruszającej jej serce muzyki, po bieganie po łące bez bielizny pod spódnicą:-)
Te słowa wyrażają moje głębokie przekonanie, że niezależnie od intensywności seksualnych relacji, wrażliwość zmysłowa determinuje jakość życia i sprawia, że każdy dzień może być niesamowity, pełen wrażeń, chociaż niekoniecznie intensywny czy ekscytujący. Otworzenie się na zmysłowe doznania nawet w tych najbardziej prozaicznych czynnościach może podnieść komfort życia, przywrócić przyjemność, zapewnić żywy kontakt z tym czego dotykamy, czego doświadczamy. I chociaż nieco absurdalnie może brzmieć „nawiąż zmysłowy kontakt z gąbką, którą myjesz naczynia”, to mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi.

Zainspirował mnie ten pomysł 25 sposobów na przeżywanie swojej zmysłowości. No i wyzwanie sobie stawiam większe – z Waszą pomocą chciałabym znaleźć co najmniej 100 takich sposobów:)

Oto początek listy sposobów, rzeczy, doznań, które mnie „uzmysławiają”:

1.    „Noski-noski eskimoski” na zalanej słońcem plaży i super zbliżenie woalu Wiktorowych rzęs
2.    Głaskanie świeżo ściętych maszynką włosów Arka
3.    Bezcelowe przesypywanie przez palce rozgrzanego piasku
4.    Bezcelowe przesypywanie przez palce zimnej ziemi.
5.    Chodzenie boso lub przynajmniej bez butów (zdarza mi się nawet w biurze)
6.    Perfumowanie pulsującego nadgarstka moim ulubionym zapachem, który ktoś bliski określił jako „ciepłołóżkowy”
7.    Zlizywanie masła orzechowego z łyżeczki (mamy nawet z Arkiem mały spór zatytułowany przez niego. „O wyższości powolnego zlizywania masła z łyżeczki nad łapczywym pochłonięciem na raz”)
8.    Pierwsze zanurzenie w świeżo zmienionej, pachnącej czystością pościeli
9.    Ciepła dłoń Wiktora muskająca mnie po twarzy przez sen
10.    Dźwięk tuptających bosych nóżek nocnego podróżnika kiedy przemieszcza się z całą rodziną misiów do naszego łóżka
11.    Zimowe szczelne otulenie kołdrą i świadomość, że przede mną kilka godzin słodkiego bycia kokonem
12.    Pierwsze zanurzenie w gorącej wannie, tak, że wystaje tylko nos wciągający mocno zapach pomarańczowej soli do kapieli
13.    Świeżo wyjęte z opakowania rajstopy
14.    Rozkosznie dziecięco brudne kciuk i palec wskazujący  - po korzystaniu z sezonu i wyłuskaniu dwóch wielkich słoneczników
15.    Przyjemny szum w głowie po wypiciu pierwszej butelki wina i przed otworzeniem kolejnej, która zazwyczaj kończy się już bólem głowy (a to dzieje się właśnie teraz!!!:))

cdn,

Jakie są Wasze typy? Czy zauważacie jak Wasze zmysły odbierają i zapisują świat?



Best Blogger Tips

czwartek, 9 sierpnia 2012

Mały Książę

Fot z lewej Arek Suszek, fot z prawej TU

W tobie ziemia
Pablo Neruda

Mała
różo,
różyczko,
czasami
malutka i naga,
jak gdybym cię mógł w jednej dłoni
zmieścić,
jakbym cię mógł tak złapać
i do ust podnieść,
aż
nagle
stopy moje dotkną twoich stóp i wargi twych ust:
urosłaś,
ramiona twoje wznoszą się jak wzgórza,
piersi wędrują po mojej piersi,
moje ramię ledwie zdoła cię objąć w pasie
O linii wysmukłej niby księżyc na nowiu:
w miłości rozpłynęłaś się jak woda morska:
trudno mi zmierzyć najbardziej rozległe
oczy całego nieba
I do twych ust się schylam,
aby pocałować ziemię.



Chile
Z hiszpańskiego przełożył
Robert Stiller


Best Blogger Tips

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Powrót do zmysłów










Jestem w pociągu. Przede mną ponad 4 godziny jazdy do rodzinnego miasta i dwóch popijających piwko, opalonych i nierównomiernie umięśnionych młodzieńców, którzy zabijają czas oglądaniem filmików kręconych telefonem, które przedstawiają ich i ich zmieniające się wakacyjne narzeczone biegających po nadbałtyckiej plaży, zajadających się smażonymi siejami w cieście naleśnikowym i wymiotujących przed klubem nocnym. Za mną dwumiesięczne niemowlę płaczące w ramionach bezsilnych rodziców. Coraz głośniejszy śmiech coraz bardziej upojonych mężczyzn miesza mi się w świdrującą mieszankę z coraz bardziej rozpaczliwym płaczem dziecka. Chcę wstać i zagłuszyć wszystko swoim własnym wrzaskiem. Oczywiście nie robię tego, w zamian coraz bardziej się męcząc, napinając mięśnie i czekając w cierpieniu na koniec podróży. W pewnej chwili postanawiam podjąć wyzwanie „dostrojenia”, czyli metody, która przez powrót do zmysłów, przez zmysłowe odczuwanie pomagać ma w radzeniu sobie z takimi i dużo większymi uciążliwościami. Skupiam się w zupełności, bez oceniania, najpierw na płaczu dziecka, spokojnie przyjmując jego nieuchronność, akceptuję tę chwilę i wsłuchuję się w jego tembr i rytm. Dziecko nie przestaje płakać, ale ja zaczynam słyszeć w tym płaczu jakąś melodię i siłę, wolę do wyrażania siebie. Nie denerwuje mnie już, raczej intryguje i skłania do przesłania życzliwego uśmiechu jego rodzicom. Młodzieńcy na szczęście posnęli...

Innym razem kłócę się z Tatą przez telefon. Z moim kochanym Tatą, o którego się martwię i którego chciałabym przytulać zawsze jak mi ciężko. Zdenerwowana czymś zupełnie innym, podrażniona i w pierwszym dniu okresu czepiam się słów, doszukuję ukrytych podtekstów i karam słownie za niespełnienie wygórowanych oczekiwań. Tata, w gorszej formie, ja, oczekująca od niego czegoś, czego nie jest w stanie mi dać, bo nie jest Mamą. W trakcie tej rozmowy doznaję pewnego olśnienia, udaje mi się zatrzymać pędzącą ku fatalności rozmowę i skierować ją na inne tory. Mówię „przepraszam” i otwieram się na przebaczenie, mówię „kocham” i otwieram się na miłość. Zatrzymałam się na chwilę i poczułam drżenie rąk, wiatr wiejący delikatnie przez otwarte okno, usłyszałam szum rozpędzonych samochodów w Alejach i poczułam zapach koszonej trawy. Przez skupienie się na wrażeniach zmysłowych udało  mi się nie popłynąć zupełnie w tej sprzeczce, brnąć dalej w idiotycznie meandry i zawiłości. Poczułam bezsens tej słownej szarpaniny dwojga bardzo się kochających ludzi i powiedziałam STOP, nie chcę. Zdałam sobie sprawę z czego wzięły się moje pretensje i zarzuty, dlaczego oczekiwałam od Taty konkretnej reakcji. To było spowodowane przez zdarzenia i uczucia zapoczątkowane wiele lat temu, moje WYMOGI związane  z potrzebami zranionego serca i bolesnej duszy.


Codziennie uczę się rozumieć, ze pewne uczucia są częścią przeszłości i dzisiaj może ich nie być, jeżeli taka będzie moja decyzja. Codziennie szukam sposobów na to jak odciąć się od wyobrażeń i oczekiwań, które prowadzą do frustracji. Czytam teraz książkę „Powrót do zmysłów” Stanley'a H. Blocka i myślę jak podobne są do siebie wszystkie koncepcje szczęścia i spokoju. Jak spójne w swoim skupieniu na tu i teraz, jak przedziwnie proste mają metody, które konsekwentnie w życie wprowadzane dadzą nam tyle szczęścia ile wystarczy.

Odchodzenie od zmysłów prowadzi do braku kontaktu ze sobą, do niepełnego, albo fałszywego przeżywania życia, bez zgodności ze sobą, nieautentycznie. Brak łączności z naszym „ja sensorycznym” prowadzić może do nadmiernego skupiania się na analizie myśli, do tworzenia fałszywych obrazów rzeczywistości, do rozbudowywania negatywnej percepcji świata. Wierzę, że powrót do zmysłów, do odbierania świata przez nie, do odczuwania i przyjmowania wrażeń zmysłowych może nie tylko wzbogacić życie, dać nam przyjemność, ale także pomóc w radzeniu sobie w trudnych sytuacjach życiowych. I myślę że chciałabym nauczyć Wiktora radzić sobie w ten sposób z własnymi myślami i trudnymi emocjami, tak jak uczę go radzić sobie z samodzielnym jedzeniem, ubieraniem czy załatwianiem się. Wierzę, że dzięki temu będzie żył spokojniej i szczęśliwiej. By przy zdrowych zmysłach będąc potrafił szaleć, cieszyć się życiem i nie zadręczać tym co nieważne.Wierzycie w siłę zmysłów??

Best Blogger Tips

niedziela, 8 lipca 2012

Czerwony


Fot. Arek Suszek + mój Pinterest

Są takie chwile i wspomnienia, dzięki którym "rozmarza" mi się spojrzenie, oczy bardziej się błyszczą i zdjęcia lepiej wychodzą. Chemia między fotografem a fotografowaną mimo obecności ich ukochanego dziecka, ogromna i prze-przyjemna. Tuż przed kolejną rocznicą ślubu miło jest wciąż doświadczać fruwających brzusznych motyli...
 
W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem
Zapodziani po głowy, przez długie godziny
Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.
Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem.

Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty,
Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,
Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory,
I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty.

Duszno było od malin, któreś, szepcząc, rwała,
A szept nasz tylko wówczas nacichał w ich woni,
Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni
Owoce, przepojone wonią twego ciała.

I stały się maliny narzędziem pieszczoty
Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie
Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,
I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.

I nie wiem, jak się stało, w którym oka mgnieniu,
Żeś dotknęła mi wargą spoconego czoła,
Porwałem twoje dłonie - oddałaś w skupieniu,
A chruśniak malinowy trwał wciąż dookoła.(...)


Bolesław Leśmian




Best Blogger Tips

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Mniam Mama i miłości robienie

... Z inspiracji rozmowami kobiecymi ...

Fot Arek Suszek (na zdjęciu ja tuż przed nieobyczajnym komplementem)
Wiktor wkracza właśnie w wiek autonomii, frustracji, histerii i fazę „cę” (czyli „chcę”). Niespełnienie jego życzenia (co wykonać jest niezwykle trudno, bo często sam nie wie czego chce) powoduje krótki wprawdzie, ale intensywny wybuch brewerii. Tupanie nóżkami w miejscu, podkówka i krzyk mama, mama, mama, tatu. W takiej kolejności. Częściej niż kiedyś przypomina sobie o „cici” w ciągu dnia i zdesperowany próbuje siłą dostać mi się pod koszulkę, której bronię zgodnie z ustaloną zasadą, że „cici” jest tylko rano i wieczorem.

Kiedy Wiktor zasypia, my czym prędzej rzucamy się do robienia tego, o czym myśleliśmy cały dzień. I tu każdy kto nie ma dzieci pomyśli, że oto, zrywając z siebie ubrania pędzimy do sypialni żeby spełniać snute przez cały dzień wyszukane fantazje z wykorzystaniem fruwających w powietrzu nóg, rąk i gadżetów. Ale każdy kto ma dziecko wie, że nie tak będzie wyglądał ten wieczór… Fantazje rodziców półtorarocznego już prawie małego człowieka obracają się częściej wokół wyrafinowanych sposobów na uciszenie krzyków, jęków i marudzenia, które wypełniają naszą codzienność.

Kiedy dziecko zasypia i w całym domu zaczyna panować błoga cisza, którą można zapełnić czym się tylko chce, okazuje się, że każde z nas ma inną wizję przyjemności. Arek marzy o dłuższej chwili nicnierobienia, przerzucaniu kanałów w telewizji, zdobywania kolejnych licencji na playstation. Ja chcę się wykąpać, po raz setny opiłować sobie ponadgryzane paznokcie i pomalować je nową odżywką, z którą wiążę wielkie nadzieje. Potem marzy mi się chwila przy komputerze, przejrzenie kilku gazet, gorąca herbatka, którą mogę postawić na wysokości dłoni, a nie prawie przy suficie. I tak mijają 2-3 godziny zanim pójdziemy spać. Najczęściej na tury. Ja pierwsza, Arek dołączy do mnie jak zmorzy go sen na kanapie. I mała jest szansa, że z wizją rychłej pobudki któreś z nas poczuje wtedy dziką namiętność…

Zdarzały nam się już (i z rozmów z kilkoma koleżankami,  innym parom też) chwile kiedy leżąc razem przed zaśnięciem zastanawialiśmy się w duchu – a może zainicjuję szybki numerek? Noc gorąca, spać się aż tak bardzo nie chce, a przecież to takie fajne. Ale jednocześnie pojawia się myśl, że może coś się nie uda, że nie mamy tyle czasu, że Wiktor przybiegnie za kilka minut i będzie pakował się nam do łóżka. Słaby afrodyzjak. Dajemy sobie buzi, obracamy się do siebie plecami i tracimy okazję do podładowania akumulatorów, zbliżenia się do siebie i stworzenia kilku miłych wspomnień na stare lata….

A przecież każdy potrafi sobie przypomnieć to uczucie wszechmocy po udanym seksie, to przepełnienie miłością do wszystkich i wszystkiego, które pojawia się po dopieszczeniu naszego ciała, duszy i przypomnieniu o naszej atrakcyjności. Och jak wtedy się chce głośno śmiać, śpiewać pomimo ewidentnego braku talentu i pomagać całemu światu. Dlaczego więc nie oddajemy naszych ciał we władanie cudownie zwierzęcych instynktów, zamiast tego szukając wrażeń w oglądaniu sensacyjnych filmów albo śledzeniu kolei losu naszych serialowych „bliskich”. Dlaczego wybieramy słabą rozrywkę i smutne wiadomości zamiast gorącego oddechu i kojącego dotyku ukochanej osoby? Nie rozumiem tego chociaż sama tak robię. Co jakiś czas nachodzą mnie myśli, że szkoda, że nie jesteśmy ze sobą bliżej, częściej, bardziej, ale jednocześnie nie znajduję w sobie tyle siły żeby to zdecydowanie przełamać i rozkręcić się na dobre. A przecież potencjał w nas drzemie ogromny… Są chwile kiedy czuję ekscytację jakbym znowu była ta szesnastolatką, którą pocałował spierzchniętymi wargami w mroźne popołudnie na huśtawkach obok naszego liceum. Czuję falę gorąca tylko patrząc jak przeciąga się na łóżku albo jak chodzi boso w dżinsach. Po blisko 20 latach razem zdarza się, że czerwienię się zawstydzona jego nieobyczajnym komplementem podczas naszych sesji zdjęciowych do bloga. Trzeba to tylko zebrać i wrzucić razem do naszego łóżka żeby zawrzało :)

PS. Dzięki Pola za linka do artykułu – tam fajny przepis na medytację zasilającą.

„To takie leżenie na łyżeczkę ze sobą. Według tantry mężczyzna i kobieta harmonizują w ten sposób swoje energie. To ma psychologiczne przełożenie, przecież chodzi o to, żeby poczuć swoje istnienie wzajemnie, bicie serca, zharmonizować oddech i skoncentrować się bliskości fizycznej. Osoba, która jest z tyłu, jest tą, która otacza opieką i daje energię. W medytacji zasilającej należy te role zmieniać w zależności od tego, kto w danym dniu bardziej potrzebuje "dokochania".

Więcej na Wysokie Obcasy
Best Blogger Tips

środa, 24 sierpnia 2011

Mniam Mama i poma amoris


Fot. Arek Suszek
 
Za tydzień, w ostatnią środę sierpnia w hiszpańskim miasteczku Buñol kilkaset tysięcy ludzi zgromadzi się na głównej ulicy miasta żeby obrzucać się pomidorami, a potem długo tarzać się i nurzać w pomidorowej paciaji tworząc gigantyczny, ekologiczny bałagan. I chociaż jest zapewne wiele smaczniejszych sposobów na wykorzystanie pomidora, to smarowanie siebie i innych miłych naszemu oku i sercu ciał miękkim miąższem czerwonego owocu, pachnącego latem i najpyszniejszymi sosami do makaronu jest, muszę przyznać, bardzo pociągające. Zanim jednak pojawi się w moim życiu okazja do zorganizowania takiej mini tomatiny, np. przed przeprowadzką albo totalnym przemalowaniem mieszkania, bawię się pomidorami w mniejszej skali i szukam sposobów na nacieszenie się ich smakiem w tym najwspanialszym na nie sezonie.

Fot. Arek Suszek


Przez jednych uważany za owoc, przez innych za warzywo, pomidor to chyba najpyszniejszy i najprostszy składnik codziennej kuchni na całym prawie świecie. Trudno wyobrazić sobie bez niego kuchnię włoską, hiszpańską, meksykańską. Trudno też wyobrazić sobie, że kiedyś uważano pomidora za roślinę trującą - Hiszpanie nazywali go comida del diablo, czyli pokarm diabła, Włosi mala insana, czyli niezdrowy owoc. Przez długie wieki ten przywieziony do Europy z Ameryki Południowej przez Krzysztofa Kolumba skarb kulinarny pozostawał niedoceniony i szkalowany. Aż do momentu, w którym jakiś sprytny włoski pre-marketingowiec rozpuścił plotkę, że pomidor to potężny afrodyzjak i zaczęło się szaleństwo. Wykorzystując to rozbudzone zainteresowanie, równie sprytny botanik, tym razem już znany i udokumentowany, Konrad von Gesner, nadał pomidorom kuszącą nazwę poma amoris czyli jabłka miłości i zachwalał jako idealny zastrzyk energii dla wszystkich uprawiających miłość, zapewniający długie godziny niegrzecznych zabaw po kołdrą, na trawie, stole i sianie. A jako, że nie ja jedna lubię szukać powiązań, nawiązań i zbiegów okoliczności, ktoś jeszcze inny ogłosił, że to właśnie pomidory (w tamtych czasach występujące głównie w żółto-pomarańczowej odmianie) były „złotymi jabłkami” niezgody z mitologii greckiej, które sprawiały, że najpiękniejsze kobiety prześcigały się w ciał prężeniu przed rozdającym te jabłka mężczyzną. I to wystarczyło żeby mężczyźni z całego świata rzucili się tłumnie do kuchni by, mobilizując całą swoją wyobraźnię i kreatywność, ciąć, siekać, dusić i zapiekać, tworząc fantastyczne pomidorowe pyszności dla kobiet, które pragnęli zdobyć. A w Polsce pomi d’oro, czyli złote jabłko, zmieniło się w pomidora, który niezmiennie czaruje i uwodzi niezależnie od płci. Uwodzi czerwienią jędrnej skórki, pełnym soku i nasionek mięsistym wnętrzem owocu, które kiedyś musiało oburzać co wrażliwszych smakoszy nie szukających w jedzeniu niczego poza zaspokajającą głód kalorycznością. I jakby mało było naocznych oznak bezwstydności, ten ni to owoc ni warzywo jest hemafrodytą - sam potrafi się rozmnożyć i robi to chętnie i bez zahamowań.

Pomidor niezawodnie rozbudza apetyt wszelki. Zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie cudowne połączenie krwiście czerwonych  pomidorowych bawolich serc z pachnącą zieloną bazylią, albo drobniutko pokrojonych pomidorków czereśniowych na chrupiącej grzance skropionej oliwą extra vergine, albo idealne połączenie gorącego pomidorowego kremu z rozpływającą się w nim białą, wilgotną mozzarellą. Mniam. Fantastyczny na surowo, równie pyszny i zdrowy po przetworzeniu (wbrew powszechnym opiniom ketchup jest bardzo zdrowy, a jak twierdzi mój mąż i połowa świata, wszystko z nim smakuje lepiej). Śliczny, zdrowy, wypełniony witaminą C, E, beta karotenem, potasem, wapniem i żelazem. Jednym słowem, skarb. Hodujcie lub kupujcie najlepsze pomidory, wdychajcie ich boski zapach od strony szypułki, a potem tnijcie, siekajcie, duście i zapiekajcie. Na zdrowie, ku pokrzepieniu ciała i podsyceniu zmysłów...

Moje ulubione przepisy z wykorzystaniem pomidorów:

Sos do pizzy

Bruschetta

Frittata
Best Blogger Tips

środa, 17 sierpnia 2011

Mniam Mama i bakłażan w ogniu

Fot. Arek Suszek

Wiele jest stron i blogów o gotowaniu, z pięknymi zdjęciami i historiami kuchennymi, takich, które odwiedzam regularnie, testując przepisy na Arku i przyjaciołach. Bardzo lubię gotować, umiem gotować, ale jestem w tym raczej odtwórcza niż eksperymentująca, raczej ucząca się niż gotowa do uczenia innych. A jednak nie umiem oprzeć się pisaniu o jedzeniu i gotowaniu. Mam taką swoją małą niszę, w której czuję się całkiem pewnie i która sprawia mi olbrzymią radość. Jak w wielu innych dziedzinach życia, najważniejsza jest dla mnie przyjemność, estetyka, doświadczenie, radość na twarzy ukochanej osoby i zabawa. Zabawa jedzeniem, dekoracją, skojarzeniami, słowem. Literackie podejście do jedzenia, wiersze, emocje i klimat. I o tym też chcę pisać. O afrodyzjakach, jedzeniu dla seksu, po seksie, w trakcie seksu. Lubieżnym łakomstwie i odurzeniu smakiem, zapachem, procentem. O tym jak przez jedzenie można wyrazić miłość. Jak przez jedzenie można sprawić, że ktoś się roześmieje na sam widok talerza. Jak dzięki drugiemu śniadaniu można poprawić fatalny początek dnia i rozładować napięcie przed trudnym spotkaniem. Jakie są moje ulubione przepisy z sieci.

Fot. Ewa Suszek


Na początek zestaw lunchowy dla Arka, który kilka dni temu trafił do jego torby.
A w nim:

….. kanapka z baba ganoush. Spróbowałam pierwszy raz dzięki rekomendacji i dosadnemu opisowi na White Plate – miało być brzydkie i dobre, wyszło bardzo brzydkie i pyszne! Cudowności na chlebie, na łyżeczce, na palcu, oblizywanym jeszcze przed schłodzeniem pasty... Baba ghanoush, baba ganush, baba ghannouj  znaczy po arabsku „rozpieszczony tatuś” :) Rozpieszczony pysznym dymnym smakiem grillowanego bakłażana zmieszanego z kremową sezamową pastą Tahini, czosnkiem, cytryną, solą i pieprzem.
A bakłażan, wiadomo. Gruszka miłości, obła, kształtna maczuga, błyszcząca, z napiętą, gładką, błyszczącą skórą. Najlepiej smakuje spalony żywcem w pełnym ogniu, który wyciąga z niego najpiękniejsze nuty. Uznawany w wielu krajach za afrodyzjak, w kilku dopuszczany do jedzenia tylko dla kobiet, bo podobno u mężczyzn zabija pożądanie.. Niezależnie od potencjalnego wpływu na libido, bakłażan jest super. Podobno reguluje cholesterol obniża ryzyko chorób układu pokarmowego, a nawet leczy objawy świnki.
A czas na niego coraz lepszy. Jedzcie bakłażany! Obierajcie rozżarzone oberżyny. Aż zadrżycie z podniecenia i wszystko będzie piękniejsze.


P.S. Moje ulubione przepisy z wykorzystaniem bakłażana:







Best Blogger Tips

niedziela, 17 lipca 2011

Leżąc i pachnąc


Fot. z lewej Cowtools, fot. z prawej Arek Suszek





Czym pachniesz, jak pachniesz, czy wiąże się z tym jakaś filozofia? Czy chcesz przekazać jakieś określone emocje, dać wyraz aktualnemu nastrojowi? Może przez zapach chcesz poprawić sobie humor albo powiedzieć coś o sobie całemu światu? Czy masz kilka zapachów na każdą pogodę i strój, a może jesteś wierna jednemu od lat? Kupujesz reklamowane nowości czy może przeszukujesz niszowe perfumerie żeby znaleźć coś wyjątkowego i niespotykanego, jakieś molekularne połączenie zapachu opon z orchideą i serem stilton?

Wierzę zapachom. Chociaż zabrzmi to pretensjonalnie, wierzę, że to jak pachniesz mówi o Tobie coś czego nie da się przekazać ubiorem czy zachowaniem. Wierzę, że dbałość o zapach i jego spójność z nami (i to niezależnie czy mamy jeden zapach czy dwadzieścia) jest ważną sprawą. Judge me, but I do believe it matters.

Od lat pachnę tak samo. Z małymi przerwami na kilkudniowe fascynacje zdobytymi próbkami, co kilka miesięcy kupuję wielki flakon zielonej cieczy o nazwie Un Jardin sur le Nil, czyli ogród nad Nilem, stworzony przez legendarny nos Jean Claude Ellena dla domu mody Hermes. To zapach inspirowany podróżą po wielkiej afrykańskiej rzece, pachnący zielonym mango, lotosem, figą, hiacyntem, piwonią z delikatną wonią kadzidła frankońskiego, marchewki, łodygi pomidora i tataraku. Ktoś kiedyś powiedział o nim, że jest taki „ciepłołóżkowy” i „pachnący domem ze świeżym praniem i obiadem”. Odkryłam go 5 lat temu na początku mojej drogi zmian, kiedy borykałam się z rozdarciem, popapraniem i brakiem wizji siebie. Spodobało mi się opakowanie i brak ostentacyjnie kobiecych nut (to zapach unisex), które dotychczas przyciągały mnie do perfum takich jak Coco Mademoiselle Chanel czy J’adore Diora. Był to czas kiedy czułam przesyt swoją kobiecością (jakkolwiek dziwnie to może zabrzmieć), a tak naprawdę podświadomie szukałam prawdziwszego dla niej wyrazu. Kiedy ochłonęłam po pierwszej olfaktorycznej euforii i przeczytałam na opakowaniu, że w tych perfumach Hermes "celebruje wielką rzekę Nil – symbol odnowy, urodzaju i płodności" to wiedziałam już, że w nilowym ogrodzie będę sobą. Wszedł mi w krew i stał się moim znakiem rozpoznawczym. Brzmi naiwnie? Może, ale ja wiem, że ten zapach mi w jakimś stopniu pomógł.

Niedługo potem Arek trafił na swój zapach, przypadkowo całkiem również Hermesa :)  Terre d’Hermes , przez tych samych twórców kierowany do mężczyzn, którzy “stoją pewnie na ziemi, ale głowy mają w chmurach”. A Arek? Jak natchniony wyprowadza tego swojego wymarzonego Jaguara XK w kolorze british racing green codziennie na przejażdżkę jednocześnie prowadząc szczegółową dokumentację wydatków na benzynę i średniego spalania. A ja wtulam się w zagłębienie nad obojczykiem wciągając mocno doskonałą kombinację zapachu róży, czarnego pieprzu, geranium, vetiver, grejpfruta i mojego męża...

A Wy, czym pachniecie?
Best Blogger Tips